poniedziałek, 1 maja 2017

Drabina do nieba



         Tak wczoraj rano było w okolicach Bolesławca, lazurowo. Potem napłynęły chmury
Dlaczego wciąż próbuję, nie ustaję, zmieniam. Dlatego, że nie lubię słowa: niemożliwe i stwierdzenia: nie da się. A może dlatego, że jeżdżę konno i wiem, że po każdym upadku wsiada się z powrotem.
Wsiadam nieustająco.
Będąc dzieckiem niewątpliwie miastowym zawsze marzyłam o kawałku ziemi. Zazdrościłam koleżankom babć na wsi i wakacyjnych wyjazdów  do nich. Nie mogę narzekać, wyjeżdżaliśmy głównie na Podhale i tamtejsze dzieci pozwalały mi pasać z nimi krowy. Nie byłabym sobą gdybym na tych krowach nie próbowała jeździć, aż któraś o włos nie wbiła mi rogów w udo. Poza tym były potwornie kościste.
           Będąc już dorosłą, zbudowałam dom pod Krakowem, ale ziemi nie mogłam dokupić, była i jest o wiele za droga, liczona na drogocenne ary. Potem, by ocalić resztkę pieniędzy kupiłam ruinkę w Hiszpanii. Zapewniła mi rok przygód wśród miejscowych majstrów, między domem a plażą. W potwornym upale (który, jeśli odważyłam się wyjść z domu , w czasie, kiedy miejscowi czaili się w mroku za zamkniętymi okiennicami), próbował mnie przygwoździć do ziemi i wysuszyć na wiór. I w zimnie, które dopadało w wynajętym domu, nie do ogrzania. Gdzie przed obudzeniem dzieci do szkoły ogrzewałam im garderobę na gazowym piecyku. Potem można było posiedzieć w słońcu i odtajać. W ciągu hiszpańskiego roku, na początku marca dopadła mnie, po raz pierwszy w życiu depresja i próbowała zaszczuć mnie własnym strachem, wytrząść wolę życia a gdy to nie pomagało wieczorami topiła we łzach. Pozwalała zasnąć wieczorem, by chwilę później obudzić mnie łomotem własnego serca i kazać się trząść ze strachu do rana. Produkując wizję katastrof i sycząc spod łózka historię o nieudanym życiu. W ciągu dnia, prowadziła mnie na smyczy lęku i nie opuszczała do wieczora. Zawzięłam się, rano stałam na maminym posterunku, z grzankami, kakaem i opowieściami o tym, co będziemy robić po szkole. Potem jechałam na budowę, przerażona, przerażającym samochodem. I tak toczył się dzień za dniem. nadszedł koniec roku szkolnego i powrót do Polski. Zaczęłam szukać gospodarstwa, właściwie to zaczęłam zdalnie, jeszcze będąc w Hiszpanii. Dwa lata później znalazłam.
Gospodarstwo na końcu wsi, stary młyn i tartak zarazem, z dużym, całkowicie zarośniętym trzcinami stawem. Otoczone swoimi polami, wokół lasy. Czy to właściwa drabina? Nie wiem. Ale wspinam się. Czasem, wysoko widać lazurowe niebo : ).

 Komentarze, których nie potrafię przenieść: http://alewidokz.blogspot.com/2017/05/drabina-do-nieba.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz